Manifest tercetu egzotycznego

To jest nasz blog. Należy do nas. Posiadamy go i wszystko, co on głosi.
Blog ten będzie wyrazem naszej wytężonej pracy - znoju umysłów tęgich i serc gorących.
Blog ten wwierci się niczym świder w przodek telewizyjnej skały, rozłupując zakrzepłe pokłady paleotelewizji, by wydobyć z nich najczystszy pierwotny blask srebrnego ekranu.
Nasza potrojona wizja zapewni skomasowane uderzenie napiętych neuronów w skostniałe struktury sformatowanych programów.
Zanurzymy się w rwącym strumieniu telewizyjnym bez obaw o zbrukanie się płynącą nim papką.
Zdejmiemy archaiczne obramówkowanie, przetrzemy brudne szyby kineskopów i otworzymy szeroko okna na świat.
Tak uczynimy! Tak zrobimy! I wprowadzimy telewizję do umysłów waszych. Bo od tego ona jest.
Od tego jest ona. Od tego jest.

Kibic przed telewizorem, część 3 - Cafe Futbol

, , , | 0 komentarze

Sport na ekranie to nie tylko transmisje na żywo, ale i gadające głowy. W niedzielne przedpołudnie (zwykle o godz. 11.00) w Polsacie Sport można obejrzeć program "Cafe Futbol". To bezprecedensowa w polskiej telewizji hybryda poważnego programu publicystycznego na śmiertelnie poważne tematy (wszak rozmawia się tam o piłce nożnej) i telewizji śniadaniowej.
Tego drugiego elementu swego czasu było więcej niż obecnie, gdyż na wizji dla zaproszonych gości gotował były kucharz polskiej kadry narodowej Robert Sowa. Potem - zapewne w trosce o formę sportowców, występujących w programie - z tego pomysłu zrezygnowano i rozmawiający muszą się zadowolić bliżej niezidentyfikowanymi przekąskami.
Niemniej jednak przestrzeń programu jest dość specyficzna jak na program o sporcie. Transmisja odbywa się bowiem na żywo z hotelowego hallu. Przeszklone wnętrze, wygodne sofy i czerwony dywan mają budować prestiż, ale bywa z tym różnie, gdyż przy złej pogodzie ponury widok Warszawy łączy się z nim tak jak Dworzec Centralny ze Złotymi Tarasami. W tle zwykle widzimy barek i krzątającego się kelnera, a czasem za oknem przykleją się do szyby ciekawscy gapie.

O tym, jakiego rodzaju program oglądamy, w warstwie wizualnej świadczy tylko logo Cafe Futbol przyklejone za plecami gości, które co tydzień nieco zmienia swoje położenie oraz materiały filmowe opatrzone tym samym znakiem. Główną osią programu są jednak rozmowy z gośćmi, wywodzącymi się ze środowiska piłkarskiego. Prowadzący (Mateusz Borek lub Bożydar Iwanow) przepytuje "stałych ekspertów" (byłego piłkarza Wojciecha Kowalczyka oraz dziennikarza Romana Kołtonia), a także zaproszonego gościa (trenera, działacza, piłkarza)na temat oceny gorących wydarzeń ostatniego tygodnia w polskim i światowym futbolu.
Zwykle 2/3 z niemal 90 minut czasu antenowego zajmują konwersacje poświęcone polskiej piłce nożnej, przetykane materiałami filmowymi; potem następuje przerwa na reklamy, po której wzrasta liczba zarejestrowanych wcześniej materiałów z zagranicznych boisk, które są już raczej pobieżnie komentowane przez gospodarza i gości. Na koniec mamy przeważnie konkurs z nagrodami.

To, co ciekawe w "Cafe Futbol" to łączenie przeciwieństw: przeważnie luźna atmosfera kontrastuje ze scenograficznymi pozorami wyrafinowania, iście awangardowa w warunkach telewizyjnych praca kamery (szybkie najazdy i odjazdy, żabia perspektywa, odbicia w lustrze) ze statyką, wynikającą ze specyfiki "siedzącego programu", a wymuszona elegancja gości z ich przyzwyczajeniami (często biedny zawodnik wciśnięty w garnitur ma problemy ze skleceniem poprawnego zdania złożonego).
Mimo tych udziwnień poziom dyskusji zwykle jest przyzwoity, a że w polskich warunkach właściwie nie ma konkurencji (poza programami poświęconymi tylko polskiej Ekstraklasie, jak "Szybka piłka" w TVP 2, czy "Liga Plus Extra" w Canal+) jest to pozycja wartościowa dla wszystkich fanów futbolu. Z drugiej strony jaki sens ma tak naprawdę filozofowanie o piłce nożnej?

Gatunek, który ma swoje czasopismo

, , , , , | 0 komentarze

Miłośnicy i kryptofani seriali jednoczą się dziś na wielu forach internetowych czy stronach WWW, wymieniając się nie tylko opiniami o ostatnich odcinkach, ulubionej parze, linkami do wywiadów z twórcami, zdjęciami aktorów czy własnymi pomysłami na temat fabuły, ale przede wszystkim spoilerami. Oto definicja dostarczona właśnie przez dużą stronę fanowską serialu Star Trek. Skądinąd, brawa dla autorów za stworzenie małego słownika podstawowych pojęć serialomanii w dobie globalizacji.
Spoiler (zwany czasem bardziej swojsko "psujem") to informacja, która właśnie psuje nam niespodziankę, gdyż opowiada o faktach z filmów/odcinków które nie były jeszcze emitowane (w Polsce). (...)
Nawet w USA istnieją restrykcje dotyczące spoilerów, gdyż niektóre fakty dotyczące nowych odcinków są "wykradane" lub celowo ujawniane przez producentów, aby spowodować żywsze zainteresowanie serialem.

Czasami producenci przesadzają, co nie umyka uwadze fanów. Telewizja CW była niedawno nieco skrytykowana za ilość wypuszczanych sneek peek’ów przed ostatnimi odcinkami swoich seriali (Gossip Girl, The Vampire Diaries, One Tree Hill, 90210) . Podobnie rzecz ma się z cliffhangerami na koniec sezonu - ledwo zaczęły się serialowe wakacje, a już widzowie wiedzą, że on przeżyje.
Tu wypada pochwalić twórców Desperate Housewives za pomysł zakończenia 5 sezonu, kiedy to wszyscy fani całe wakacje próbowali zgadnąć, kto jest panną młodą, która Mike właśnie poślubił.
Jednak jeszcze nie w każdym domostwie w Polsce znajduje się komputer ze stałym dostępem do Internetu, a seriale lubi oglądać jakieś 3/4 narodu. Jak zatem zaspokoić ciekawość, gdy nie ma się dostępu do internetowychcspoilerów? Otóż z odsieczą przychodzi wydawnictwo Bauer, do którego należy dziś większość czasopism telewizyjnych, żeby wymienić tylko Tele Tydzień, To&Owo, Tele Świat czy Imperium TV, a także bohatera dzisiejszego wpisu:
Świat Seriali
Jak podaje wydawca jest to:
Jedyne pismo na rynku w całości poświęcone serialom. Jego najmocniejszą stroną są wyczerpujące streszczenia odcinków oraz tzw. pilot serialowy - przejrzysty i kompletny przewodnik po serialach rozpisany na dni i godziny przez bieżące dwa tygodnie.
Na dodatek o średnim nakładzie ponad 330 tysięcy i czytelnictwie 723 000 osób.*
Zaanalizujmy zatem najpierw okładkę:

Bohaterowie godni najlepszego miejsca na okładce: Majka, Michał ich dziecko z mało profesjonalnej cytologii.
Z lewej strony informacje tylko o polskich serialach, ale na dole wskazówki, że fani zarówno północnoamerykańskich, jak i południowoamerykańskich produkcji znajdą coś dla siebie.
A poza tym absolutnie +10 do wskaźnika nostalgii za latami 90-tymi: 4 plakaty w środku czasopisma! W Świecie Seriali coś dla każdego: disneyowska plastikowa i wszechobecna Hannah Montana, nowy symbol seksu ze stajni Waltera i Miszczaka, cyzli Filip Bobek, gwiazdy latinowoodu (wiedzieliście, że funkcjonuje takie określenie?? Bo ja nie) oraz absolutny rarytas: Stephanie, Eric, Ridge i Brooke (komentarz raczej zbędny).
9 stron zajmuje „Przewodnik po serialach”, który wygląda tak:


Warto zauważyć, że opisane są także seriale emitowane przez FoxLife, Zone Romantica :D, Tele 5, TV Puls, AXN, Canal+ czy HBO. Ciekawe jest też to, umieszczono na górnym pasku strony: „Wyraź swoją opinę – zagłosuj na ulubiony serial smsem”. Jak widać nadeszły czasy, w których głosowanie za pomocą pilota nie wystarcza. Jest trochę wywiadów i informacji o aktorach: od Fernando Colungi (który jest dla latynoskich tasiemców tym, czym Shah Rukh Khan dla Bollywoodu) do Nicolette Sheridan, która wytoczyła proces twórcy Desperate Housewives. Istotne miejsce zajmuje też dział „Najważniejsze wydarznie od 14 maja do 27 maja”, czyli dokładniejsze omówienie któregoś wątku, np. "Kto zaraził Zuzę wirusem HIV?" albo „W hotelu grasuje pedofil?” Narracja jest tu zazwyczaj obiektywna, dostarczająca po prostu informacji o wydarzeniach, ale zdarzają się wstawki sugerujące, jak czytelnik powinien odebrać niektóre wydarzenia, np.: ,„Nie ma się co dziwić, że dwóch młodych chłopców pod jednym dachem z obcym mężczyzną budzi podejrzenia…”
Z okazji jubileuszu czasopisma, zaprezentowano kilka rankingów pod hasłem Złota dziesiątka na 10 lat Świata Seriali. A że wszyscy uwielbiamy czytać różne toplisty i podsumowania - plus dla redakcji za pomysł.
Tu subiektywna lista „seriali, które zmieniły nasz świat”:


Dalej są śluby, Latinowood, lekarze, najbardziej zgrane duety, przełomowe wydarzenia u Mostowiaków, idole nastolatków, dorastanie na ekranie oraz:



Na koniec postać kultowa z Serialowych ikon popkultury. Swoją drogą, internetową karierę tej postaci dostrzegają inne media:



*źródło: ZKDP, średni nakład jednorazowy, rozpowszechnianie płatne razem; marzec 2009 - luty 2010 oraz Polskie Badania Czytelnictwa, MillwardBrown SMG/KRC, wskaźnik CPW, grupa wszyscy 15+; kwiecień 2009 - marzec 2010; N = 48 543 za: Świat Seriali, wyd. Bauer

Plastic fantastic

, , , | 3 komentarze

Ostatnio wpadło mi w ręce bardzo ciekawe czasopismo "Communication, Culture & Critique". Znajduje się w nim kilkunastostronnicowy artykuł autorstwa Shuh-Yeh Lee pod tytułem "The power of beauty". Traktuje o programach telewizyjnych, które ukazują kulisty operacji plastycznych. Treść wydała mi się na tyle ciekawa, że postanowiłam podzielić się z Wami głównymi wątkami poruszanymi w tekście. Mam nadzieję, że Wam także materia przypadnie do gustu.

Pierwszym programem telewizyjnym, poświęconym operacjom plastycznym, był Extreme Makeover, który w 2002 roku wyemitował kanał ABC. Niedługo potem, jak grzyby po deszczu, pojawiły się następne- The Swan, Dr. 90210, I Want a Famous Face, Plastic Surgery Before and After. Ich sukcesem nie była wyłącznie wysoka oglądalność. Przyczyniły się także do znacznego zwiększenia popytu na tego typu usługi chirurgiczne. Liczba operacji w 2005 roku wzrosła o 38 proc. w stosunku do stanu z roku 2000.



Operacje plastyczne po raz pierwszy na szeroką skalę zaczęto wykonywać zaraz po I Wojnie Światowej. Służyły do likwidacji okrutnych skutków, jakie walka odbiła na ciałach ofiar, którym udało się przeżyć. Głównym celem było zatem ludzkie zdrowie. Z biegiem lat sytuacja nieco się zmieniła. Dziś głównie kobiety, choć czasem także mężczyźni, korzystają z usług chirurgów plastycznych, by poprawić swoje zdrowie psychiczne. To ono nie jest w stanie zaznać spokoju, gdy na brzuchu pojawia się niepożądana fałda tłuszczu.

Panie poddające się zabiegom chirurgii plastycznej są przekonane, że uroda jest gwarantem osiągnięcia sukcesu. W poprzednim stuleciu piękne kobiety były w bardziej komfortowej sytuacji niż ich koleżanki, dla których natura nie była tak hojna. Mogły bowiem liczyć na to, że uda im się zdobyć męża, którego zadaniem było utrzymanie rodziny. Kobieta miała wyglądać, mężczyzna zarabiać. W dzisiejszych czasach panie stały się niezależne, same potrafią zadbać o swoją przyszłość finansową. Mimo to konieczność bycia atrakcyjną nie przestała obowiązywać. Badania są bezlitosne. Potwierdzają, że uroda daje większą szansę na awans w pracy. Przypadek pewnej kobiety, która zawodowo trenuje surfing nie pozostawia złudzeń. Z jej wypowiedzi wynika, że sam talent nie wystarczy, by przyciągnąć sponsorów. Jej ciało musi być doskonale zbudowane, by mogła z dumą nosić na klatce piersiowej logo firmy, która gwarantuje jej pieniądze.

Ideał piękna na przestrzeni lat bardzo się zmienił. Kiedyś najbardziej atrakcyjne były te, które mogły urodzić dużo dzieci. Szerokie biodra, spora pupa, miękki brzuch, kształtny biust. Wszelkie krągłości mile widziane. Współczesne media znacznie zmodyfikowały ten wzorzec. W teledyskach występują piosenkarki anorektyczki. Prezenterki telewizyjne to piękne, młode i szczupłe kobiety, które najczęściej w studiu zasiadają obok „tatusiowatych”, doświadczonych panów w średnim wieku. Także biznes pornograficzny przyczynił się do modyfikacji dawnego ideału kobiety. Panie występujące w tego typu produkcjach są obdarzone ponadprzeciętnie obfitym biustem, zestawionym z filigranową budową i obowiązkowo płaskim brzuchem. Na podstawie powyższych przykładów można stwierdzić, że media tworzą i lansują dzisiejszy ideał piękna. Co więcej, badania przeprowadzone na grupie młodych kobiet wykazały, że to właśnie telewizja i to, co w niej prezentowane, jest dla nich największym motorem skłaniającym do zrzucenia wagi.



Programy telewizyjne, które poświęcone są ukazywaniu kulis operacji plastycznych, obok teledysków, programów informacyjnych i filmów pornograficznych, także mają swój udział w budowaniu zewnętrznego wizerunku kobiety doskonałej. Medioznawczej analizie zostały poddane trzy programy: Extreme Makeover nadawany przez ABC, Dr. 90210 emitowany na E! oraz Plastic Surgery Before and After, który można zobaczyć na kanale Discovery Health. Wybrano 32 odcinki, które pojawiły się na ekranie od 29 stycznia 2009 do 11 lutego 2007.

Analizę przeprowadzono na czterech płaszczyznach:
• Głos z offu
• Wypowiedzi i postawy pacjenta, chirurga, rodziny i przyjaciół
• Dialogi między pacjentem a chirurgiem, pacjentem a rodziną i przyjaciółmi
• Obraz prezentowany w programie i muzyka, która się w nim pojawia

Po przeprowadzonych badaniach można było wyciągnąć wiele wniosków dotyczących postawy kobiet i modelu świata prezentowanego w szklanym ekranie. Najczęściej poprawiane przez chirurgów części ciała to za mały biust, za duży brzuch, zbyt płaskie pośladki. Poprzez wypowiedzi rodziny i przyjaciół kobiet, które poddały się operacji, program sugeruje, że jedynym powodem, dla którego przedstawicielka płci teoretycznie pięknej nie może znaleźć partnera, jest wyłącznie jej niedostateczna atrakcyjność fizyczna. Charakter nie gra tu najmniejszej roli. Dlatego najwłaściwszym sposobem zmiany tego niekomfortowego stanu jest poddanie się operacji plastycznej. Mężatki nie mają już tego problemu. Ich partnerzy przed kamerami wyznają, że kochają żony takie, jakimi są i nie mogą zrozumieć, po co potrzebna im operacja plastyczna. Jednak gdy zobaczą efekty, przyznają, że przeszły ich najśmielsze oczekiwania. Ich wybranki są znacznie bardziej seksowne, pociągające, wzbudzające pożądanie wśród mężczyzn spotkanych na ulicy. Program oglądającym go kobietom daje do zrozumienia, że jeśli zrobią sobie operację plastyczną, nawet mąż będzie kochał je bardziej. Warto zwrócić też uwagę na stronę wizualną prezentowaną w tego typu produkcjach. Bohaterki chcące poddać się zabiegowi to kobiety atrakcyjne, które osiągnęły wysoką pozycję zawodową i życiową. Ich ciała wymagają jedynie drobnej korekty. Otoczenie pełne jest pięknych ludzi, drogich samochodów, ekskluzywnych klubów, markowych ubrań. Niemożliwym zdaje się odszukanie w nim choć jednego brzydkiego starca. Nawet chirurg świadczący usługę jest najczęściej mężczyzną niezwykle przystojnym. Przed zabiegiem zapewnia swoją pacjentkę o całkowitym niemal braku jakichkolwiek zagrożeń i niebezpieczeństw wynikających z przeprowadzenia operacji. Zarówno dla kobiety, jak i dla niego, zabieg jest jedynie dobrą zabawą. Po zakończonej sukcesem operacji lekarz paradoksalnie zaczyna oceniać własną pracę. Zachwyca się rewelacyjnymi efektami, jakie udało mu się uzyskać. Ze specjalisty, zamienia się bowiem w mężczyznę, który posiada prawo do oceniania jakości kobiecych kształtów.

Ostatnia scena, jaka pojawia się w każdym programie obrazującym kulisy operacji plastycznych, pokazuje główną bohaterkę w skąpym stroju, radosną, uśmiechniętą, cieszącą się życiem, otoczoną grupą bliskich jej osób. Morał nasuwa się jeden. Tylko idealnie piękne kobiety, wpisujące się we wzorzec lansowany przez media, mają szansę realizować się w życiu.

A niech to, już nigdy nie pójdę na plażę w kostiumie kąpielowym. Najwyraźniej nie zasłużyłam.

Muzzy. I wszystko jasne

| 0 komentarze

Łezka mi się prawie w oku zakręciła, gdy zobaczyłam, że na Facebooku kolega dołączył do grupy Ponowna emisja "Muzzy in Gondonland" w TV!. Dołączywszy do grupy od razu, pomyślałam, ile to razy nasze pokolenie mówi: nauczyłem się angielskiego z Cartoona, co kłamstwem oczywiście nie jest. Ale kaganek oświaty niósł też bezpośredni zielony stworek pożerający zegarki i różne elementy krajobrazu urbanistycznego :)
Serię stworzyła w 1986 stacja BBC, by uczyć angielskiego jako drugiego języka.
Z radością (i zapewne otwartą buzią) śledziłam przygody mieszkańców Gondolandu, przetykane podstawami słownictwa i gramatyki języka angielskiego, w których występował rowerzysta Norman.

Polska telewizja zapewne już nigdy tego nie wyemituje, ale mam nadzieję, że YT jeszcze będzie istniał, kiedy będę mieć dzieci.

Oglądaj, oglądaj, będziesz mądrzejszy!

, , | 0 komentarze

Każda szanująca się telewizji powinna spełniać dwie podstawowe, wiodące funkcje. Oprócz rozrywkowej, z której dostarczaniem radzi sobie wzorowo, gadające pudło obecne w większości domów ma za zadanie edukować swojego odbiorcę. O wypełnienie tego zadania nie jest już jednak tak łatwo. Preferencje widzów przez ostatnie dwadzieścia lat bardzo się zmieniły, a programy edukacyjne i modyfikacje, jakie nastąpiły w ich konstrukcji i formie, są dowodem na potwierdzenie tej tezy. By odpowiednio zobrazować to przykładem, postanowiłam porównać sztandarowe programy edukacyjne z początku lat dziewięćdziesiątych do tych, które współczesny widz może oglądać na ekranie swojego telewizora.

Obowiązkiem TVP jest wypełnianie misji publicznej, w związku z czym ta stacja na edukację widzów nacisk powinna kłaść przede wszystkim. Trzeba przyznać, że przed i za czasów mojego pięknego dzieciństwa (a dodam dla niewtajemniczonych, że wiosen liczę sobie już dwadzieścia dwie) wychodziło jej to całkiem dobrze.

8 września 1977 roku w ramówce programu Pierwszego Telewizji Publicznej pojawiła się „Sonda”. Prowadzący Zdzisław Kamiński i Andrzej Kurek starali się przybliżyć widzom zagadnienia związane z szeroko pojętą nauką. Najbardziej zależało im na atrakcyjnym przedstawieniu najnowszych osiągnięć ówczesnych naukowców. Twierdzili bowiem, że ludzie nauki mają problem ze spopularyzowaniem dziedzin, którymi się pasjonują. Telewizja okazała się być idealnym narzędziem do tego celu.



Program błyskawicznie zyskał ogromną popularność wśród widzów publicznej jedynki. Mimo że dla dzisiejszego przeciętnego oglądacza prezentowane treści mogą się wydawać średnio pasjonujące, zagadnienia związane z fizyką, chemią, astronomią czy biotechnologią zachwycały publiczność przed telewizorami. Twórcy „Sondy” dysponowali niezwykle skromnym, nawet na tamte czasy, budżetem. Doświadczenia przeprowadzane w studiu najczęściej wykonywane były przy pomocy ogólnodostępnych środków i materiałów. Co więcej humor prowadzących, scenografia i zabawne stroje, w które prezenterzy często ubierali się dla uatrakcyjnienia programu, okazały się pomysłami niezwykle trafionymi.

Kilka lat później, na fali sukcesu „Sondy” , 3 września 1985 roku, w najlepszym czasie antenowym- tuż przed Dziennikiem Telewizyjnym, TVP1 rozpoczęło nadawanie kolejnego programu edukacyjnego- „Kuchnia”. Tym razem targetem miały być jednak dzieci. Wiktor Niedzicki, wraz ze swoimi kilkuletnimi synami, prezentował młodym widzom spektakularne i widowiskowe eksperymenty dokonane w zaciszu studyjnej kuchni. Program rzeczywiście spełniał swoją rolę. Dzieci (w tym ja!) z pasją oglądały wyczyny prezentera i jego synów, wiedziały dzięki temu, jakie niebezpieczeństwa czyhają na nie podczas obcowania w środowisku własnej kuchni. Młodzi telewidzowie mogli na przykład przekonać się, co grozi niedoświadczonej gospodyni domowej, która gorący, palący się olej postanowi ugasić wodą.



„Kuchnia” z biegiem czasu podbiła serca nie tylko młodych ludzi. Z pasją oglądali ją także dorośli. I także dla nich Niedzicki stał się autorytetem. W prima aprilis naukowiec i jego synowie dla żartu zaprezentowali „eksperyment”, który pokazywał, że po postawieniu w pionie wysmarowanej masłem drewnianej deski, ugotowane jajko zaczyna toczyć się po niej z dołu do góry. Zszokowani telewidzowie, w tym- jak wspomina w jednym z wywiadów Niedzicki- pewna nauczycielka fizyki, dzwonili do studia i pytali o dokładniejsze wskazówki, gdyż im eksperyment się do tej pory nie udał. A przecież w telewizji widzieli na własne oczy, że jest to możliwe.

Dziś konwencja programów edukacyjnych bardzo się zmieniła. Telewizja Publiczna niechętnie emituje produkcje, których celem jest przybliżenie widzowi pasjonującego acz skomplikowanego świata nauki. Tematem zainteresowały się jedynie komercyjne kanały tematyczne takie jak Discovery Channel. Przykładami tego typu programów są „Brainiac” i „Pogromcy mitów”. Prezenterzy obu produkcji dwoją się i troją, by wszystko dookoła wybuchało błyskało i szokowało. Środki pieniężne, jakie producenci przeznaczają na tworzenie tego typu programów edukacyjnych, są niebotyczne. Także tematyka i rodzaj przeprowadzanych „eksperymentów” diametralnie się zmienił.



Widz „Brainiac’a” ma szansę dowiedzieć się, że jedzenie ciastek z makiem może spowodować pozytywny wynik testu na obecność narkotyków w organizmie. Nylonowa odzież wystarczy mu, by wysadzić stację benzynową. Gdyby natomiast potrzebował spadochronu, najlepiej zrobi posługując się dwoma ogrodowymi workami na śmieci. Fan „Pogromców mitów”, po znalezieniu w lodówce nadwyżki salami, może wykorzystać je jako paliwo do amatorskiej rakiety. Gdyby jakiś znajomy zalazł mu za skórę, może być pewny, że uda mu się go zabić przy pomocy kuszy wykonanej z papieru, kleju i gumki od majtek. W roli strzały najlepiej sprawdza się zaostrzony plastikowy widelec. Jeśli wróg znalazłby się pod wodą, a widz programu akurat miałby przy sobie broń palną, musi pamiętać, że pocisk nie doleci dalej niż na odległość 2 metrów. Trzeba przyznać, że wachlarz informacji serwowanych przez współczesne programy edukacyjne jest imponujący, dla niektórych pewnie nawet i bezcenny. Sciencetainment, ot co.

Śpiewać każdy może, a jak nie, to je czekoladki

, , , | 1 komentarze

Świat (i telewizja, rzecz jasna) uwielbia historie typu od zera do bohatera. Nierzadko o wiele więcej radości daje śledzenie historii autentycznych postaci, które są "z naszego świata", a nie z magicznego uniwersum istniejącego w głowach scenarzystów Mody na Sukces.
Prócz klasycznych teleturniejów od jakichś dziesięciu lat największą popularnością cieszą się talent shows różnej maści. Sam pomysł nie jest nowy, wystarczy przypomnieć sobie jakikolwiek amerykański film lubi serial familijny: w wielu produkcjach zawsze znajdziemy wątek o szkolnym talent show, na który nasz siedmioletni bohater zawzięcie ćwiczy na pianinie, a jego sąsiadka z domku obok trenuje baletową choreografię w uroczym różowym tutu. W naszym pięknym nadwiślańskim kraju tradycja ta nie była nigdy aż tak upowszechniona, choć ze szkolnych lat pamiętam, jakiej radości dostarczał tzw. mini playback show organizowany w podstawówce.

Protoplastą telewizyjnych poszukiwań talentu jest z pewnością amerykański program The Original Amateur Hour. Już wtedy telewidzowie mogli głosować, dzwoniąc, a na zwycięzców czekały stypendia w wysokości 2000USD.
Tutaj siedmioletnia Irene Cara z Bronxu (tak, ta sama, która kilka dekad później dostanie Oscara za kultowe "What a Feeling"):

Od 1983 do 1995 emitowano program Star Search, w którym uczestnicy podzieleni byli na kilka kategorii, między innymi: wokalista, wokalistka, młody wokalista, tancerz, komik. Cztereoosbowe jury punktowało każdy występ gwiazdkami ( maksymalnie czterema). W finale głosowała już tylko publiczność zgromadzona w studio. Zwycięzcy poszczególnych kategorii otrzymywali 100 000 USD, jednak w przeciwieństwie do swojego następcy, Idola, Star Search nie gwarantowalo laureatom podpisania kontraktów. Program, szczególnie za czasów Ronalda Reagana, na swój sposób uprawomocnił amerykański sen: z odrobiną wysiłku, codziennych ćwiczen i talentu (niekoniecznie na miarę Czesława Niemena), każdy mógł wygrać. Tutaj Justin Timberlake z fasonem i galanterią, w kowbojskim wdzianku, przegrywa w wieku 11 lat z inną małoletnią uczestniczką:


Przy talent shows nie można nie wspomnieć o dwóch Simonach. Simon Fuller, pomysłodawca formatu Idola (który na całym świecie ma w sumie ponad 100 wersji) oraz So You Think You Can Dance. A do tego twórca najbardziej jaskrawego przejawu (pseudo)pop-feminizmu w hitorii muzyki rozrywkowej:

Simon Cowell. Manager i producent muzyczny, telewizyjny, człowiek orkiestra. Gwiazdą stał się właśnie dzięki statusowi najbardziej złośliwego i kontrowersyjnego jurora w programach American Idol , Pop Idol, X-Factor, Britain's Got Talent. Jeśli chodzi o ostatni z wymienionych programów, to został on wymyślony właśnie przez Cowella i jego firmę Syco. Jednak z powodu pewnych nieporozumień po odcinku pilotowym, produkcję brytyjskiej wersji przesunięto i format Got Talent zadebiutował właściwie w USA.
Got Talent osiągnął natychmiastowy sukces. Chciałabym w tym momencie poświęcić trochę uwagi wersji brytyjskiej, którą na tle pozostałych krajów wyróżnia nagroda. Otóż zwycięzca występuje przez Królową we własnej osobie na corocznym Royal Variety Show

Zwycięzcą pierwszej edycji był Walijczyk Paul Potts, niepozorny i mało medialny sprzedawca telefonów komórkowych.

Jak widać z krótkiej prezentacji Paula przed castingiem, nierzadko wzięcie udziału w programie wiąże się z próbą przezwyciężenia kompleksów, nieśmiałości i oczywiście, chęci spełnienia marzenia życia.
Na czym polega sukces Got Talent? Moja subiektywna ocena brzmi: na różnorodności i dostarczaniu czystej rozrywki. Wielokrotnie Simon Cowell powtarza „This is what this show is about, variety” Na takie rzeczy po prostu przyjemnie się patrzy:

Oczywiście wzruszające nieco zmanipulowane historyjki o uczestnikach potrafią być denerwujące, ale i tak nie umniejszają level of entertainment w moim mniemaniu. W końcu zawsze można kliknąć dalej na pasku odtwarzania ;)
Nie możemy zapomnieć o fenomenie Susay Boyle, o której mówiły i pisały wszystkie światowe media jeszcze przed oficjalnym początkiem trzeciego sezonu w ITV. Wszystko za sprawą tego głosu (i tej aparycji, i późniejszej wzmianki o braku jakiegokolwiek doświadczenia w całowaniu). Boyle była typowana jako pewna zwyciężczyni, ostatecznie przegrała z taneczną grupą Diversity, co rzekomo doprowadziło ją do załamania nerwowego.

Do Polski przyszedł McDolnald’s , Big Brother i H&M, więc kwestią czasu było zanim największa stacja komercyjna wypuści polską edycję formatu Got Talent. Ciekawość budził skład jury. Polski Simon Cowell – czyli nigdy niedorastający chłopiec polskiego dziennikarstwa i szołbizu, Kuba Wojewódzki. Absolutnie mdła i przeegzaltowana doktor Zosia Foremniak oraz chyba najciekawszy wybór obsadowy, bezpośrednia Agnieszka Chylińska (której mariaż z telewizją, popem, glamourami itp. Budzi od pewnego czasu swoiste kontrowersje). Jak to jednak było do przewidzenia, nasza rodzima wersja nie umywa się do brytyjskiej, jednak perełki się zdarzają i za taką uważam grupę Audiofeels lub niejakiego Kaczorexa
Sporo szumu podczas pierwszej edycji narobiła także jedenastolatka z wypisanym brakiem witamin na twarzy, która zmiażdżyła jury i publikę swoim wykonaniem piosenki „Dziwny jest ten świat” . TVN zgodnie ze swoją zmyślną strategią zapowiedział ten występ w Faktach (tu proszę zdać się jedynie na moją pamięć, bo nie udało mi się znaleźć odpowiedniego materiału). Klaudia jest przykładem jednej z kategorii Uczestnika Gwarantującego Sukces czyli Utalentowane Dziecko. Przykłady można cały czas mnożyć, ja polecam na przykład rozczulająca i naturalną Connie Talbot. Czasami jednak nietrudno oprzeć się wrażeniu, że to rodzice pchają dzieci do konkursu i bardziej przeżywają występy niż mali uczestnicy.
Jednak nie może być zawsze pięknie, w przyrodzie równowaga musi być. Mam Talent karmi się także różnego rodzaju freakami, na czele z człowiekiem jedzącym na czas czekoladki lub czystą abstrakcją z pogranicza kiczu i performance’u czyli duetem Orion

A poza tym Lady Gaga i transgender jest wszędzie :D
Wspomniana już Susan Boyle potwierdza zasadę o istnieniu kategorii Uczestnika Budzącego Współczucie. Polska edycja: niewidoma absolwentka Akademii Muzczynej. Można dyskutować, czy wzbudzanie żalu robi swoje albo jest niezaplanowanym patentem...
Ale, jakkolwiek to zabrzmi, w takich programach wszystkie chwyty są dozwolone.

Na koniec wrzucam moich osobistych ulubieńców, zwycięzców duńskiej edycji.

Kibic przed telewizorem, część 2.

, , | 0 komentarze

Transformacja ustrojowa otworzyła w końcu wyposzczonym polskim kibicom telewizyjne okno na świat. Początkowo podany został on na satelitarnych talerzach przez anglojęzyczny Eurosport i niemieckojęzyczny DSF. Wkrótce jednak dzięki ekspansji sieci kablowych oraz powstawaniu kodowanych kanałów na polskich ekranach zaroiło się od transmisji sportowych z wydarzeń zarówno światowego jak i lokalnego szczebla.

Na sport w swojej ramówce szczególnie silnie postawił Canal +, który uczynił zwłaszcza z transmisji meczów najsilniejszych lig piłkarskich (angielskiej Premier League, hiszpańskiej La Liga, włoskiej Serie A i francuskiej Ligue 1) oraz nieco słabszej acz rodzimej Ekstraklasy, swój okręt flagowy. Canal + przyciąga także miłośników innych dyscyplin transmisjami koszykówki (NBA i WNBA), boksu, rugby, czy wyścigów na żużlu. Zaletą stacji jest przede wszystkim fachowa redakcja sportowa i profesjonalna realizacja transmisji, dzięki której nawet mecze polskich drużyn można oglądać z mniejszym bólem. Zwłaszcza komentatorzy piłkarscy, jak Jacek Laskowski, Andrzej Twarowski, czy Tomasz Smokowski wyrobili sobie u kibiców uznaną markę.
Obecnie Canal + udostępnia dwa kanały stricte sportowe, na których w ciągu weekendu podczas trwania sezonu piłkarskiego można obejrzeć kilkanaście spotkań. W szczególnych wypadkach (np. w ostatnich kolejkach polskiej Ekstraklasy, gdy mecze odbywają się o jednej godzinie) stacja uruchamia dodatkowe kanały, a także prowadzi transmisje symultaniczne ze wszystkich stadionów.

"Prosportowo" jest też niewątpliwie nastawiony Polsat. Oprócz trzech kanałów, pokazujących wyłącznie sport (Polsat Sport, Polsat Sport Ekstra i nowy Polsat Futbol), transmisje nadawane są również w ogólnodostępnych - Polsacie (przede wszystkim Liga Mistrzów i siatkówka) oraz TV4 (wyścigi Formuły 1, Liga Europejska). Poza wymienionymi dyscyplinami Polsat pokazuje głównie piłkę ręczną w wymiarze ligowym i reprezentacyjnym, walki bokserskie, a okazyjnie także tenis, hokej i wydarzenia parasportowe, typu Mariusz "Dominator" Pudzianowski na ringu MMA.


Polsatowi udaje się czasem również wygrać przetargi na pokazywanie wielkich imprez. W 2002 roku złamał monopol telewizji publicznej na pokazywanie Mistrzostw Świata w piłce nożnej, a w 2008 r. nabył prawa do transmisji Mistrzostw Europy w tej dyscyplinie.
O innych stacjach napiszę wkrótce, bo właśnie zaczyna się finał Ligi Mistrzów. Transmisja w Polsacie i nSport. :)
c.d.n.